15 sierpnia 2008 roku razem z moim znajomym Marcinem wybrałem się na podróż koleją z Wrocławia aż do Kunming oddalonego od Wrocławia kilkanaście tysięcy kilometrów.
Oto relacja spisana podczas mojej miesięcznej tułaczki pociągami po Azji.
15.08 Rozpoczyna się moja kolejna wyprawa w świat. Tym razem koleją przez Lwów, Moskwę, Irkuck do Chin. Wszystkie formalności załatwione, bilety aż do Pekinu wykupione, pora ruszyć w nieznane. Kolejna podróż życia. Jadę razem z kolegą Marcinem, którego znam od przedszkola – a więc już 24 lata. Pisze ten dziennik siedząc już w pociągu do Lwowa wciąż niedowierzając temu co się dzieje. Spełnia się nasze kolejne marzenie.
W Przemyślu pociąg musi zmienić „podwozie”. Operację dość spektakularną wykonują mocno „zmęczeni życiem” (czytaj piciem) pracownicy kolei. Tory na wschód od Polski mają o 8 cm szerszy rozstaw więc konieczna jest zmiana kół wagonów. Cała operacja trwa ponad godzinę i pomimo ciężkiego losu panów obsługujących maszyny idzie wszystko całkiem sprawnie. Pociąg razem z pasażerami podnoszony jest kilka metrów nad ziemię. Podwozie dostosowane do polskich torów odjeżdża a w jego miejscu pojawia się szerszy zamiennik. Po oddaniu przez polskiego celnika paszportów ruszamy dalej w stronę Ukrainy.
█▓▒ Lwów nocą ▒▓█
16.08 Do Lwowa przyjeżdżamy ok. 1 w nocy. Plecaki zostawiamy w przechowalni bagażu i ruszamy nieoświetlonymi ulicami do centrum. Główny deptak miasta tętni życiem – w końcu to weekend. Snujemy się od uliczki do uliczki, od cerkwi do cerkwi podziwiając częściowo ogarnięte mrokiem a częściowo pięknie podświetlone stare miasto.
Postanawiamy przenocować na wzgórzu górującym nad miastem. Nie jesteśmy sami – razem z nami młodzi ludzie celebrujący wolny dzień od pracy. Zabawa jest spokojna więc można na chwilkę zasnąć.
█▓▒ Moskwa ▒▓█
17.08 Po 24 godzinach jazdy pociągiem z Lwowa do Moskwy wysiadamy na stacji obsługującej pociągi z Ukrainy. Uderza nas ogrom miasta. Szerokie na 6-8 pasów ulice, w którą stronę nie spojrzeć tam wyłania się przypominający warszawski Pałac Kultury ogromny gmach.
Bagaże zostawiamy na dworcu w przechowalni bagażu udajemy się w stronę historycznego centrum – na Kreml. Na deptaku prowadzącym w stronę centrum miasta kupujemy kwas chlebowy. Szczerze powiedziawszy nigdy za tym smakiem nie przepadałem, jednak w Moskwie… dobrze schłodzony, prosto z beczki smakuje wyśmienicie i doskonale gasi pragnienie a w dodatku to prawdziwa bomba minerałów i witamin.
Docieramy do Kremla i znów jesteśmy pod wielkim wrażeniem. Obejrzenie dopuszczonej do zwiedzania części grodu, w którym znajdują się budynki administracji rządowej, zabudowania książęce i cerkwie zajmuje nam kilka godzin. W jednej ze świątyń organizowany jest koncert muzyki cerkiewnej wykonywany przez zespół ANIMA. Przejmujące pieśni prawosławne wykonywane w jednej z najpiękniejszych Cerkwi Moskwy wywołują dreszcze na całym ciele. Obrazy jak z filmu Baraka – tym razem oglądamy Barakę w wersji na żywo.
W Moskwie prawie na każdym kroku widać milicję. Ostrzeżeni przez internetowe relacje podróżników staramy się nie spoglądać funkcjonariuszom w oczy. Zbyt długi kontakt wzrokowy to pewna kontrola dokumentów. Zapomnieliśmy się raz i… milicjant po rosyjsku prosi o paszport. Nie mam wymaganej „registracji” hotelowej – spać będziemy u osoby prywatnej. Milicjant pyta o brakującą pieczątkę z rejestracją a ja udaję, że „nie panimaje pa ruski”. Pytam o angielski na co milicjant odpowiada, że „spik inglisz wery litl”. Wygląda na to, że nie jesteśmy w stanie się dogadać, zrezygnowany mundurowy macha ręką i odpuszcza sobie naszą kontrolę.
Moskwę w czasie naszej wizyty targały ponad 30 stopniowe upały. Gorące i ciężkie miejskie powietrze w końcu daje nam się we znaki, tracimy cenne minerały wraz z potem a co za tym idzie robimy się coraz bardziej głodni. Postanawiamy odwiedzić jedną z 2ch wegetariańskich restauracji w Moskwie. Informacje na ich temat – jak również na temat prawie wszystkich wegetariańskich przybytków na całym świecie – znajdujemy na stronie internetowej www.happycow.net – ten adres internetowy powinien pamiętać każdy vege podróżnik! Wybieramy na początek AGANNATH stosunkowo niedaleko Kremla. Jak na Moskwę przystało ceny w restauracji dosyć wysokie jednak jedzenie i atmosfera miejsca znakomite. Druga z Moskiewskich wegetariańskich restauracji – a raczej vege Fast foodu już nie jest taka droga. Prowadzona przez hindusów znajduje się w centrum handlowym nieopodal stacji metra DINAMO MOSKVA. Po obfitym posiłku postanawiamy zwiedzić słynne moskiewskie Metro.
Sieć stacji jest imponująca. Wnętrza zapierają dech w piersi. Szczególnie warte obejrzenia są stacje na linii „Kolcewaja” – trasa pociągu biegnąca wokół centrum miasta. Wnętrza stacji to esencja socrealizmu. Przepych jak w barokowych pałacach, pełna paleta różnobarwnych marmurów, ogromne żyrandole, posągi Lenina, ludzi pracy, wojska i wielkie obrazy.
Noc spędzamy w domu „Artem”, którego poznaliśmy za pośrednictwem hospitalityclub.com. Dla niewtajemniczonych – Hospitality Club jest przestrzenią w Internecie gdzie spotykają się podróżnicy i osoby, które oferują bezpłatny nocleg w swoim domu dla gości. Jeśli ktoś kocha podróżować, nie boi się lokalnych ludzi, ma wstręt do hermetycznych bunkrów hotelowych lub po prostu chce zaoszczędzić to Hospitality Club jest jedną z kilku platform internetowych, od których powinno się zacząć planowanie podróży. Można też nie planować niczego tak jak robiliśmy to później w Chinach, jednak w bardzo drogiej Moskwie – warto poszukać noclegu wcześniej.
Dom Artema okazał się w zasadzie hotelem. Na ścianach wisiały mapy, na półkach książki polityczne jak i turystyczne, które można było kupić lub przejrzeć a przez jego dom co chwile przewijali się turyści. W ramach podziękowania za gościnność zrobiliśmy z Marcinem kolację dla wszystkich – wegetariańskie spaghetti.
█▓▒ Kolej transsyberyjska ▒▓█
19.08.2008 – Po 2 dniach spędzonych w Moskwie, zaliczeniu wszystkich najważniejszych zabytków, odbyciu kąpieli w rzece Moskwa w centrum miasta (o dziwo czystej !) ruszamy na 5 dniową przejażdżkę pociągiem przez pół Rosji w wagonie klasy 3-ciej. Naszym kolejnym przystankiem będzie już Irkuck nad jeziorem Bajkał. Trzecia klasa pociągu transsyberyjskiego wcale nie jest gorsza od naszych 2-gich klas. Jest wręcz przeciwnie. Do dyspozycji mamy rozkładane łóżko, w przejściach 24 godzinny dostęp do wrzątku, z głośników leci rosyjskie disco – gdyby tylko nie ten zapach mix zupek chińskich, mięsa i gdzieniegdzie potu można by rzec, że warunki komfortowe. Ogólnie jest dobrze – właśnie tak jak ma być!
Pociąg mknie przez bezdroża Rosji. Co kilometr ustawione są tabliczki informujące o odległości do Moskwy. Na 1773 kilometrze mijamy symboliczną granicę Europy i Azji. Co kilka godzin pociąg zatrzymuje się w większych miastach. Postój trwa średnio 20-30 minut – jest to czas, który pozwala zaopatrzyć się we wszelakie produkty oferowane przez miejscową ludność. Niezbyt skutecznie przeganiane przez Milicjantów „babuszki” sprzedają głównie jedzenie i napoje. Zaraz na pierwszej stacji od Moskwy udaje nam się kupić ciepłe ziemniaczki (kartoszczki) gotowane na wodzie bez tłuszczu z koperkiem a do tego małosolne ogórki. Ceny są bardzo przystępne (za wymieniony zestawik zapłaciłem równowartość 5 zł), można się delikatnie targować chociaż jest to trudne bo chętnych na ciepłe ziemniaczki jest całkiem sporo. Na kolejnych stacjach z wegańskim jedzeniem było już trochę gorzej jednak nie tragicznie. Im dalej od Moskwy tym więcej ryb i mięsa. Można kupić pierogi z kapustą i grzybami – jednak nie mieliśmy pewności co do użytego przez babuszkę tłuszczu więc nie próbowaliśmy. Jedną z rzeczy, która jest pod dostatkiem na każdej stacji to alkohol.
Podczas jednego z postojów jestem świadkiem interwencji znudzonego życiem milicjanta, który próbuje przegonić peronowych handlarzy jedzeniem. Widok milicjanta z gumową pałką w ręku nie zrobił na babuszkach większego wrażenia. Nie dając za wygraną odpowiadały silnymi argumentami, które bez trudu trafiały nawet do prostego mózgu mundurowego „ktoś tych biednych ludzi wykarmić przecież musi!”. Silne poczucie misji babusiek zwyciężyło nad bezdusznym systemem – zaopatrzeni w zapasy na drogę ruszamy dalej w świat.
Mija kolejny dzień, jesteśmy mniej więcej w połowie trasy między Moskwą a Irkuckiem część pasażerów wysiada, inni się dosiadają, Do wagonu, tuż obok naszych łóżek wprowadza się grupa 8 Chińczyków. Każdy z nich taszczy ze sobą wielką paczkę pełną zupek chińskich. Ledwo odstawiwszy bagaże hurtem uderzyli w stronę samowaru z gorącą wodą. Każdy przygotował sobie po 3 zupki. Chwilę później donośne siorbanie akcentowane co jakiś czas głośnym beknięciem jest słyszalne na pół wagonu. Cóż zbliżamy się do Chin – czas zacząć się przyzwyczajać do pewnych zachowań, które w Europie nie przystoją a na Dalekim Wschodzie są naturalne.
Krajobraz za oknami to niekończący się las świerkowy i brzozowy na zmianę ze stepami i bagnami. Mijane wioski wyglądają jakby czas zatrzymał się tu dawno temu – drewniane domy, nie asfaltowe drogi i rozlatujące się stare auta. Rosja poza Moskwą na trasie na pewno nie robi wrażenia super mocarstwa.
* * *
4261 km za Moskwą, 4 dzień podróży i powoli zaczyna nam się wszystko dłużyć. Poranek przywitaliśmy obfitym śniadanio-obiadem w postaci kartoszków i pomidorów z ogórkami, potem długo, długo nic. Udało nam się nawiązać kontakt z naszymi chińskimi sąsiadami a wszystko za sprawą nowej współpasażerki dwa łóżka dalej. Pewne… „elementy”… (przepraszam wszystkie feministki, ale nie chciałem być bardziej dosadnym…) kobiecych wdzięków łączą większość mężczyzn z całego świata. Chińscy współtowarzysze podróży nauczyli nas kilku bardzo użytecznych zwrotów w języku chińskim takich jak „Ile to kosztuje” oraz „piękna dziewczyna”…
Po czterech dniach spędzonych w pociągu zaczynam odczuwać pierwsze skutki braku prysznica z prawdziwego zdarzenia. Jako, że słoneczko pięknie tego dnia świeciło a ja już powoli zaczynałem się kleić postanowiłem wziąć prysznic. Prysznic w pociągu ? Jest to możliwe – należy jednak zaopatrzyć się w plastikową butelkę np. po wodzie mineralnej, scyzoryk no i pozostałe tradycyjne przybory higieniczne.
W każdej ubikacji w podłodze znajduje się otwór umożliwiający odpływ wody, która dostała się na podłogę. Wystarczy nalać do przepołowionej butelki trochę wody i już można oddawać się rozkoszom transsyberyjskiego prysznica. Zimny prysznic stawia na nogi i przyjemnie pobudza całe ciało. To właśnie pod jego wpływem powstał ten wpis, który właśnie czytacie.





















Najnowsze komentarze