Kolejne dni na Kerali upływają nam bardzo sennie. Najpierw spędzamy kilka spokojnych dni na otoczonej klifem plaży w Varkala by później przenieść się do Alleppey gdzie główną atrakcją miasta i okolic są kanały wodne. Za 100 rupii/godzinę można sobie wynająć małą łódkę z wioślarzem i oddać się przyjemności dryfowania w cieniu palm. Plamy oleju, ścieki i śmieci w okolicach samego miasta na początku skutecznie zatruwają dobry nastrój. Miasto na szczęście nie jest zbyt duże i w zasadzie po 10 minutach wspólnego wiosłowania pojawiają się już bardziej zielone i wiejskie krajobrazy. Kanały otoczone palmami kokosowymi wyglądają bardzo malowniczo. Im dalej od skupisk ludzkich tym więcej ptaków. Największą atrakcję rejsu stanowią jednak dla nas mieszkańcy okolicznych wiosek i ich codzienne czynności wykonywane nad wodą. Niektórzy piorą ubrania, ktoś łowi ryby, kaczy pastuch wypasa kaczki… życie płynie zupełnie innym rytmem niż w pobliskich miejscowościach. Nie ma głośnych samochodów czy riksz – cały transport towarów i ludzi odbywa się za pomocą łodzi. Nasza łódka robi sporą sensację wśród turystów i tzw. „localsów” bo Daniel zamiast leżeć brzuchem do góry i się byczyć macha w pocie czoła wiosłem odciążając naszego przewodnika.
Między Alleppey a Kottayam kursują lokalne statki. Zabieramy się kolejnego dnia na jeden z takich rejsów. W Kottayam ugaszcza nas Marta, która mieszka w Indiach razem ze swoim hinduskim mężem od kilku lat. Martę poznaliśmy przez naszą stronę internetową. Dla naszej nowej polskiej koleżanki z Indii życie tu wcale nie wygląda tak różowo jak to się nam wydaje. Indyjski bałagan i brak anonimowości na ulicach to główne powody do niezadowolenia. Z Kottayam ruszamy dalej na północ do Calicut gdzie jesteśmy umówieni z Anasem – studentem poznanym podczas jednego z leniwych dni spędzanych na plaży w Varkala. Anas zaprosił nas do siebie do domu, który znajduje się na obrzeżach Calicut. Anas i jego rodzina przygotowuje nam prostą, ale jakże smaczną kolację…
Niestety z kilku niezależnych powodów ojciec Anasa nie pozwala nam spać w domu tylko odsyła do hotelu. Podobno w Kerali zaostrzono przepisy dotyczące noclegów dla cudzoziemców i policja mogłaby robić jego rodzinie problemy. Pojawienie się „białych” w małej mieścinie, z dala od utartych szlaków zapewne nie zostałoby niezauważone. Tym bardziej policja mogłaby być bardziej czujna ze względu na aresztowanie kilka dni temu osoby planującej zamachy na turystów w pobliskim Cochin.
W każdym bądź razie nie mamy do nikogo żalu. Spędzamy miło wieczór i ruszamy dalej w stronę Bangaluru, gdzie zostawiliśmy na samym początku pobytu w Indiach część bagażu. Tak oto zataczamy małe koło na południu Indii. Od następnych dni podążać będziemy bardziej na północ uciekając od zbliżającego się monsunu…
































Najnowsze komentarze