GOA – jedna nazwa, wiele znaczeń czy skojarzeń. Dla jednych GOA to psychodeliczna odmiana muzyki techno dla drugich GOA to synonim beztroskich wakacji, hipisów i narkotyków… i tak właśnie tu jest. Bardzo beztrosko.
Na GOA zostajemy głównie w Anjunie i Arambolu.
W Anjunie w każdą środę odbywa się wielki bazar, gdzie można zaopatrzyć się przede wszystkim w ubrania i biżuterię. Na targ zjeżdżają się ludzie z całych Indii. Wśród głównie indyjsko-tybetańskich stoisk co jakiś czas napotykamy na Europejskich czy Amerykańskich sprzedawców, którzy osiedlili się na Goa na stałe i teraz dorabiają sobie tworząc obrazy czy biżuterię. Wszystko na targu jest „cheap price”, „good price” (tania cena, dobra cena) a „Have a look!, just look!” (Proszę spojrzeć!, tylko spojrzeć) brzmi w ustach rasowych sprzedawców jak religijna mantra.
Arambol natomiast to przede wszystkim bardzo długa i szeroka plaża o troszkę innej niż na Kerali roślinności. Oprócz palm kokosowych tuż przy brzegu wyrastają przypominające polskie sosny Kazuaryny. Plaża w Arambol jest najszerszą i najdłuższą piaszczystą plażą na jakiejkolwiek do tej pory byliśmy. Ze względu na wielkość tego miejsca, można bez problemu znaleźć dla siebie zaciszne miejsce i delektować się słońcem i ciepłym morzem arabskim. Jesteśmy na GOA pod koniec turystycznego sezonu dzięki czemu udaje nam się znaleźć bardzo tani nocleg (15 zł / 2 os.) w pokoju z łazienką i tarasem, tuż przy samym morzu. Jak tu nie chcieć zostać dłużej?
Na północ w od głównej plaży w Arambol na wzgórzu w lesie (bardziej dżungli) znajduje się kultowe wśród hipisów miejsce – kamienna skarbonka stworzona kilkadziesiąt lat temu przez Jacka Tylickiego – Amerykanina o Polskich korzeniach. Niedaleko kamiennej skarbonki rośnie stare drzewo Bodhi (inaczej drzewo oświecenia) udekorowane wizerunkami Shivy. Jest miejsce na palenisko i maty dla gości. W okolicy mieszka kilku pustelników, którzy oddają się tu haszyszowej medytacji razem z odwiedzającymi licznie to miejsce hipisami i ciekawskimi turystami.
Jednak Goa to nie tylko plaże i zabawa, to także bardzo krwawa historia związana z krzewieniem chrześcijaństwa. Po raz pierwszy w Indiach mamy problem ze znalezieniem czysto wegetariańskich restauracji. Są ale bardziej w głąb lądu w większych miastach. Nie ma tu też starych hinduskich świątyń. Jest to rezultat napaści Portugalczyków na Indie około 1500 roku. W imię Jezusa niszczono wszystko co miało jakikolwiek związek z hinduizmem. Wykorzenianie siłą hinduizmu musiało być bardzo „intensywne”, bo do dziś więcej tu widać przydrożnych kapliczek i kościołów niż w Polsce, a około 30% mieszkańców Goa modli się do wizerunku Maryi i Jezusa. Niestety wiele z faktów dawnych krwawych wydarzeń na Goa zniknęło bezpowrotnie za zasłoną wieków. Być może właśnie dzięki zatarciu się śladów z przeszłości Franciszek Ksawery, inicjator inkwizycji, jest do dziś uznawany za świętego patrona Goa.
TOKSYCZNE MRÓWKI
Półtora miesiąca pobytu w Indiach przyzwyczaił nas do obecności wszelkiej maści zwierząt wokół nas w tym różnorakich robaków. Prawie każdego poranka dostrzegamy na naszym ciele jakiś nowy ślad po ugryzieniu – zwykle komara lub mrówki. W każdym miejscu, w którym się zatrzymujemy mamy do czynienia co najmniej z jedną kolonią mrówek. Obserwacja ich codziennej ciężkiej pracy cieszy o ile ich zainteresowanie nie skupia się wokół naszego jedzenia czy naszego ciała. W Arambol w mieszkaniu, które wynajęliśmy, zostaliśmy osaczeni przez najdziwniejszą grupę mrówek z jaką kiedykolwiek mieliśmy do czynienia. Pierwszej nocy urządziły atak na naszą apteczkę. Morze małych owadów atakowało gumową rękawiczkę. Było ich tak dużo, że dało się słyszeć wgryzanie się w gumę a po 2 dniach ciężkiej pracy w rękawiczkach pojawiły się dziury. Innego dnia mrówki zaatakowały gniazdko elektryczne do którego podpięty był kabel od zasilacza z komputera. Spowodowało to małe przebicie na tyle groźne, że metalowe wyjście na monitor w komputerze raziło prądem. Natomiast słodkie ciasteczka, które zostawiliśmy przed domem w ogóle nie wzbudziły ich zainteresowania…


























Wszystkiego dobrego zdrowia i dalszych udanych podróży życzy Tobie i Kasi mama Kamila przeglądam Twoje zdjęcia i komentarze i bardzo mi się podobają powodzenia w dalszych wyprawach
Dawno tu nie bylem. Miło się czyta
Jednak poprosze jeśli to mozliwe o więcej zdjęć z miejsc gdzie mieszkacie, chciałbym zobaczyć ten domek nad morzem za 15 zl
Hej. Domek jak domek… typowy „Guest house” w Indiach. Prosty pokój z podwójnym łózkiem, moskitiera, wiatrak i łazienka z prysznicem. Ten w Arambolu miał dodatkowo pomieszczenie, które mogłoby służyć za kuchnię. kwestia zakupienia butli z gazem. Niektórzy goście przyjeżdżają tam na dłużej, wtedy właściciel domków pomaga załatwić gaz.