Kolejny region Indii to kolejna zmiana klimatu i kultury. Jak w wielkim kalejdoskopie świat zmienia się przed naszymi oczami bardzo szybko… czasem zbyt szybko by dobrze poczuć dane miejsce. Z ciepłego świętego miasta Sikhów jedziemy lokalnym autobusem do McLeod Ganj (zwanego też górną Daramsalą), które jest centrum tybetańskiej diaspory na świecie. Mamy dobrą karmę, bo okazuje się, że następnego dnia po naszym przybyciu do McLeod Ganj w buddyjskiej świątyni w letniej rezydencji Dalajlamy modły poprowadzi sam duchowy przywódca Tybetańczyków.
Letnia rezydencja Dalajlamy i świątynia buddyjska to 2 piętrowy niczym szczególnym nie wyróżniający się budynek. Podczas modlitwy mnichów, dolną część budynku otwarto dla gości, górną zarezerwowano tylko dla mnichów posiadających zaproszenie. Krótka rozmowa ze strażnikami wystarczyła by wpuszczono nas na górę do modlących się z Dalajlamą gości. Jedynym warunkiem, które nam postawiono to zakaz robienia zdjęć i filmów. Cała uroczystość rozpoczęła się od wspólnego mantrowania „Om Mani Padme Hum”. Setki kołyszących się mnichów jak w transie powtarzało święte sylaby po czym rozpoczęło się czytanie fragmentów buddyjskich ksiąg. Końcówka uroczystości trochę nas zaskoczyła. Wszyscy goście otrzymali po 50 rupii oraz słodycze… nam przypadły tylko ciastka
niestety na bazie krowiego mleka więc nie zjadliwe dla nas.
Wpływ tybetańskich uchodźców na całą okolicę jest bardzo mocno widoczny. W restauracjach dominują typowe dla tybetańskiej i chińskiej kuchni pierożki momo, a ulice miasteczka wypełniają ubrani na bordowo mnisi i spragnieni tybetańskiej kultury turyści. Budynki udekorowane są trzepoczącymi na wietrze kolorowymi flagami z modlitwami. Niestety uchodźcy nie bardzo są chętni do dzielenia się swoją historią przed kamerą za to bardzo chętnie dzielą się filmowym i materiałami dotyczącymi Tybetu. Jedna z takich osób w wieku ośmiu lat przemierzyła z innymi uchodźcami zimą Himalaje. Dotarcie do Dharamsali z Tybetu pieszo trwało ponad miesiąc.
Z Daramsali udajemy się do Manali w nadziei na dotarcie dalej do doliny Spiti. Dolina Spiti i zamieszkujący ją ludzie kulturowo bardziej przypominają Tybetańczyków niż Hindusów. Po 3 miesiącach pobytu w Indiach potrzebujemy trochę odetchnąć od hinduskiej mentalności. Pierwotnie planowaliśmy pojechać do Tybetu od strony Nepalu, ale niestety jak się okazało nie jest to na chwilę obecną zbyt proste i przede wszystkim pewne. Najważniejszym argumentem, który zadecydował o naszej rezygnacji z wjazdu do Tybetu była jednak cena. Aby dostać specjalne zezwolenie wymagane jest wynajęcie chińskiego przewodnika i samochodu na wszystkie dni pobytu. Minimalna ilość dni, która pozwoliłaby nam przejechać od granicy z Nepalem do Lhasy to 5 dni. Całkowity koszt wynajęcia Jeepa (autobusami podobno turyści nie mogą jeździć) i przewodnika wyceniono na 1000 $/osobę bez noclegów, jedzenia czy ceny wizy. To zdecydowanie za dużo dla nas dlatego postanowiliśmy nadrobić kilometrów i zobaczyć Tybet w Indiach.
Manali
Punktem przesiadkowym skąd ruszają autobusy do doliny Spiti w rejonie Himal Pradesh to właśnie bardzo turystyczne miasteczko Manali. Manali na pierwszy rzut oka przypomina nam Zakopane. Wysokie góry na horyzoncie, drewniane świątynie i deptak pełen ludzi. Tu jednak podobieństwa się kończą. Po raz pierwszy w życiu widzimy tak dużo konopii indyjskich rosnących niemal wszędzie. Już kilkadziesiąt kilometrów przed Manali cały nasz autobus wypełnił zapach dojrzewającej w słońcu marihuany poprawiając nieco stęchniętą atmosferę w pojeździe. Okazuje się, że ta lecznicza roślina, w Polsce bardziej znana jako lekki narkotyk, rośnie tu wszędzie i traktowana jest przez miejscowych trochę jak chwast lub bogata w proteiny i kwasy tłuszczowe pożywka dla zwierząt.
W Manali okazuje się, że dotarcie do Doliny Spiti nie jest takie proste jak nam się wydawało. Drogi są wciąż zamknięte z powodu zalegającego śniegu i jedyna możliwa opcja dotarcia do celu to 3 dniowy objazd po jednych z najbardziej niebezpiecznych drogach Indii. Szybko zdobywamy wymagane zezwolenie na wjazd do Spiti i ruszamy dzień i noc do pierwszego punktu przesiadkowego na drodze. Autobus, którym jedziemy jest zapchany do granic możliwości ludźmi i bagażami. Po 18 godzinach ciągłej jazdy docieramy do Recong Peo gdzie zostajemy na 1 dzień zwiedzając okolice. Pogoda niestety troszkę się pogorszyła. Zrobiło się zimno, wietrznie a w dodatku co chwile pada deszcz.
Z Recong Peo pniemy się po serpentynowych drogach doliny Spiti dalej w górę. Nie ma już asfaltu, a wąska droga wije się tuż nad przepaściami przecinając co jakiś czas wodospad lub mijając zwalone ogromne kamienie. Po przekroczeniu indyjskiego punktu kontrolnego oddalonego 7 km od granicy chińskiej wszystko staje się zupełnie nie-hinduskie. Pobielane płaskie domy, buddyjskie stupy, modlitewne flagi, skośnoocy mieszkańcy oraz fantastyczne ogromne przestrzenie, których granice wyznaczają ośnieżone wysokie góry. Naszym głównym celem w tym regionie jest klasztor Ki Gompa, którego zdjęcie i opis w przewodniku bardzo nas zaciekawił.
Klasztor zamieszkują nieprzerwanie buddyjscy mnisi od ponad 1200 lat. Nie ma tu miejsca na politykę, brak telewizji czy internetu, nie ma zasięgu sieci GSM. Życie toczy się tu wg zasad wyznaczanych przez pory roku. Właśnie kończy się tu długa zima i od kilku tygodni można już bez przeszkód dostać się do miasta na zakupy. Klasztor znajduje się 4116 m n.p.m. i nie jest on najwyższym zamieszkałym punktem na mapie. Kilka kilometrów dalej wyrasta zaśnieżona jeszcze wioska Kibber. Trudno jest sobie wyobrazić codzienne życie mieszkańców tego miejsca w zimie. Temeratury spadają do -20, -30°C, a jakikolwiek kontakt ze światem na dole możliwy jest tylko za pomocą telefonu satelitarnego. Jedną noc spędzamy w klasztorze razem z mnichami. Dwa razy dziennie podawany jest posiłek – niestety nie wszystko jest wegetariańskie. Sama świątynia wraz z przylegającymi do niej budynkami z daleka wyglądają jakby zrastały się z górą na której stoją. Ze środka rozciąga się majestatyczna panorama Himalajów skłaniająca do przemyśleń. Ten piękny świat, wszystko co nas spotyka na drodze życia, nasz stan umysłu tu i teraz na pewno nie jest dziełem ślepego losu.
„Jeśli chcesz poznać przeszłość (przyczynę),
spójrz na swoje obecne życie (skutek).
Jeśli chcesz poznać przyszłość (skutek),
spójrz na swoją teraźniejszość (przyczynę).
Jesteśmy dziedzicami swych czynów.”
Budda









































….to znaczy, ze nie spotkalismy sie przypadkiem
Namaste Nabatki! Tu Marta &Dave z prawie monsunowego Kottayam. Dzieki za sms.
Od razu pojade na tydzien na Mazury zeby nahapac sie PRZESTRZENI (i piec wlasny chleb.)
Do zobaczenia!
Mysmy tez przemierzali krete i waskie drozyny himalajskie, z tym ze autem osobowym. Balam sie na maxa i siedzialam wcisnieta w fotel na sztywno ale tak pieknego rozgwiezdzonego nieba nigdzie (jak do tej pory) nie widzialam-bylo bajkowo
29 maja wracam do cywilizacji europejskiej czyli Warszawki reklamowej i bardzo sie ciesze bo juz mecza mnie przasne klimaty hinduskie
Dave tu zostaje aby sprawdzic czy uda mu sie rozwinac szkolenia IT organizowane w tempie slimaczym. Ciezka sprawa-zobaczymy. Ja natomiast ponownie planuje przyjazd do Indii w okolicach grudnia, ale na krotko.
Ciekawa jestem jak mi bedzie w Polszy po tak dlugim czasie nieobecnosci .
Badzmy w kontakcie, SZEROKIEJ DROGI Wam zyczymy i niech Dobry Duch czuwa nad Wami
nie mozliwe.. drogi jeszcze gorsze niz w Polsce
heh ja by nie dal rady chyba jechac TĄ droga TYM autobusem ;]
Rozległość Himalajów i różnorodność znajdujących się tam kultur może przyprawiać o zawrót głowy, tak jak i tamtejsze środki komunikacji i drogi wśród stromych zboczy…w ramach inspiracji do następnych wypraw polecam stronkę http://www.lifebeyondtourism.com a szczególnie ich fotoblog
pozdrawiam