Rishikesh - po lewej multipleks świątynny
Tam gdzie pielgrzymi i turyści, tam przebierańcy...
Sadhu
Rishikesh - pan zapraszający do wizyty w restauracji
Rishikesh - strażnik świątynny
Zatłoczony Haridwar
Zatłoczony Haridwar
Młody sprzedawca
Varanasi - esencja hinduizmu
Gaty krematoryjne w Varanasi. Ogień płonie tu 24h/dobę
Kolejny krematoryjny ghat. Tuż obok pralnia. Zastanawiamy się czy czasem nasza pościel z hotelu właśnie w ten sposób nie była czyszczona...
Varanasi - nocna ceremonia Artii.
To zdjęcie kosztowało nas 10 rupii..
... to 20 rupii. Podobno prawdziwy Sadhu nigdy nie bierze za nic pieniędzy.
Sadhu
Sadhu
"Wielkość narodu i jego moralny rozwój może być mierzony przez sposób w jaki traktuje on zwierzęta" - Mahatma Gandi

Z Doliny Spiti ruszamy do Rishikeshu. Miasto jest niekwestionowaną światową stolicą jogi. Prawie na każdym słupie czy murze wiszą plakaty zachęcające do kursów jogi, medytacji czy masażu ajurwedyjskiego.

Dla osoby z zewnątrz joga wydaje się być tylko gimnastyką jednak w tradycji hinduskiej joga łączy w sobie pracę nad ciałem umysłem i rozwojem duchowym.

Niestety dla mnie Rishikesh nie będzie dobrym wspomnieniem. Dla Kasi wręcz przeciwnie, to tu odżyła i na nowo pokochała Indie. Tuż obok mostu Lakshman Jhulla znajduje się 13 piętrowy multipleks świątynny. Wygląda to trochę jak galeria handlowa, w której w małych pomieszczeniach znajdują się ołtarze z różnymi bóstwami. Niektóre mniej, inne bardziej popularne – o czym świadczą reakcje przechodzących obok ludzi. Na samej górze mega świątyni przesiaduje bhakta czyli osoba, która poświęciła swoje życie Bogu i opiekuje się bóstwami. Mnich częstuje wodą z Gangesu przy okazji błogosławiąc pielgrzymów za drobną opłatą. Trudno powiedzieć dlaczego – być może urok miejsca, być może podniesione ciśnienie po długiej wspinaczce na górę – ale bez zastanowienia napiłem się ofiarowanej mi na górze wody. Już na drugi dzień odczułem w swoim ciele moc Gangesu… a raczej bakterii w niej żyjących. Pojawiła się wysoka gorączka, dreszcze, totalny brak apetytu i ogólna apatia. Badanie krwi wykazało obecność bakterii, która wymagać będzie dłuższego leczenia antybiotykiem.

Podczas gdy ja większość dnia spędzałem w łóżku biadoląc nad swoim losem, Kasia chodziła na lekcje jogi i opiekowała się mną.

Pomimo wysokiej gorączki i osłabienia parę razy wychyliłem swój nos z hotelu i tu prawie zawsze następowało miłe zaskoczenie… mimo ogromnej ilości pielgrzymów krążących po Rishikeshu nie czuć nigdzie tak znienawidzonego przez nas zapachu uryny. Czuć za to kadzidła, a ze sklepów z płytami CD dobiegają relaksujące mantry ku czci Shivy czy Krshny. Atmosfera Rishikeshu nastraja pozytywną energią, którą zabrała mi choroba.

Teoretycznie Rishikesh to miasto w 100% wegetariańskie, gdzie prawnie zakazana jest sprzedaż martwych ciał zwierząt. Niestety tak do końca nie jest. Duża ilość zachodnich turystów żądnych zaspokojenia swoich kubków smakowych padliną za każdą cenę, spowodowała, że w niektórych restauracjach można zamówić pokątnie mięso – głównie tuńczyki i kurczaki.

Niedaleko Rishikeshu znajduje się kolejne święte miasto Haridwar, gdzie podobno moc Gangesu jest większa niż w Rishikeshu. Zdecydowanie więcej tu hinduskich pielgrzymów a ceny za posiłek czy nocleg 3 razy wyższe. Miasto głośne, zatłoczone… na pewno nie warto tu zostawać na noc.

Z Rishikeshu po ciężkich bojach z biletami kolejowymi udaje nam się kupić bilet do oddalonego niecałe 800 km Varanasi. W Indiach kupowanie biletów kolejowych wymaga dużej cierpliwości, determinacji, podłączenia do internetu i posiadania lokalnego telefonu komórkowego. O tym, że mamy miejsca w pociągu dowiedzieliśmy się na 6 godzin przed odjazdem pociągu. Przez kilka dni od zakupu biletu byliśmy na tzw. „Waiting List” – czyli liście osób oczekujących na miejsce w wagonie.

Varanasi

Po kilkunastu godzinach spędzonych w pociągu nasze stopy dotykają najświętszego miasta dla hindusów – Varanasi. Podobno Varanasi założył sam Bóg Shiva, a co pewne jest to obok Jerycha w okupowanej Palestynie jedno z najstarszych zamieszkałych ciągle miast świata. Już na samym początku wita nas rikszarz oferując pomoc przy znalezieniu hotelu. Przewodniki odradzają kategorycznie korzystania z tego typu usług my jednak kilkukrotnie ulegliśmy takim namowom i jak się później okazało bardzo dobrze na tym wyszliśmy. Najważniejsza zasada przy tego typu układach to ustalenie z góry ceny za podwóz i za hotel. Hotel, który nam zaoferowano nie dość, że mieścił się w cenie naszego budżetu to dodatkowo okazał się agencją turystyczną, która m.in. sprzedaje bez prowizji bilety na trasie Varanasi – Katmandu w Nepalu, gdzie wybieramy się za kilka dni.

Wróćmy jednak do Varanasi, bo to bez wątpienia jedna z ciekawszych metropolii Indii. Zapach miasta tym razem wywołuje odruch wymiotny. Układ ulic przypomina plątaninę hinduskich kabli wiszących nad naszymi głowami – nie ma tu jakiegokolwiek ładu. Jednak esencją miasta, sercem dla którego trzeba tu przyjechać pomimo 47ºC upału, smrodu i chaosu na drogach to ghaty nad Gangesem i historie, które mają tu miejsce. To co najbardziej szokuje i uczy pokory niemal każdego wychowanego w kulturze europejskiej turystę to ghaty krematoryjne. Miejsca gdzie ogień płonie 24 godziny na dobę a codziennie palonych jest kilkaset zwłok. Wszystko odbywa się na widoku publicznym… niemal na wyciągnięcie ręki. Sam proces kremacji rozpoczyna się od zanurzenia ciała w Gangesie. Następnie ciało przenoszone jest na stos gdzie najstarszy syn ubrany na biało z ogoloną głową podpala je. Po kilku godzinach uderzeniem kijem w czaszkę uwalnia się duszę ku wieczności. Dla głęboko wierzącego Hindusa śmierć w Varanasi to marzenie życia. Śmierć w tym miejscu oznacza koniec długiej tułaczki duszy po tej planecie. Kremacja musi odbyć się jednak w ciągu 24 godzin od zgonu dlatego wielu starszych ludzi gdy już czuje, że nadchodzi ich czas przybywa do Varanasi i spędza tu swoje ostatnie dni.

Tuż obok płonących stosów biegają wpół dzikie psy, które dojadają niedopalone szczątki. Początkowo jesteśmy w szoku jednak po chwili dociera do nas myśl, że w zasadzie to chyba żadna różnica czy nasze ciała zje pies czy robak w trumnie? Dla Hindusa materia ciała wraca w ten czy inny sposób do natury – tam gdzie jej miejsce. Ciało samo w sobie nie ma większego znaczenia. Jest jak ubranie. Kiedy umieramy zmieniamy zużyte ciało na nowe, które będzie dokładnie takie na jakie sobie zasłużyliśmy.

Niekiedy gdy umiera dziecko, kobieta w ciąży, osoba ukąszona przez węża, osoba kaleka, święty Sadhu – ciało wrzucane jest bezpośrednio do rzeki. Nie przeszkadza to nikomu obok zażywać kąpieli, myć zębów, prać, przygotowywać herbatę dla turystów czy łowić ryby. Przechadzka po ghatach to nieprawdopodobne doświadczenie, którego nie da się opisać w żaden sposób.

Jakby było mało emocji jesteśmy świadkiem ataku dużego psa na małego szczeniaka, który zupełnie beztrosko obwąchiwał resztki jedzenia tuż nad wodą. Głośny pisk szczeniaka rozszarpywanego przez dużego psa zgromadził szybko Hindusów z wielkimi kijami na pomoc, ale niestety było już za późno. Na naszych oczach malutki piesek z przekręconym kręgosłupem wydał ostatnie tchnienie i oddał swoją duszę Gandze.

Przechadzka po ghatach to także test cierpliwości. Niemal co 10 sekund ktoś o coś pyta: Boat? Massage? Silk? Hash? Opium? Boat, cheap price, Indian price? Massage? You need something? Boat? Hash? Opium? Heroin? Where are you from? Postcard? Have a look my shop? Hello? What’s your name? Boat… good price? Room? Massage?

Nie ma szans na samotność. Co chwilę ktoś coś proponuje, a już ekstremalną bezczelnością wykazują się masażyści, którzy wyciągają na powitanie rękę po czym zaczynają masaż, za który oczywiście chcą zapłaty.

Mimo wszystko czujemy do Hindusów ogromną sympatię. To bardzo ciekawy i zróżnicowany wewnętrznie naród. Przez 4 miesiące pobytu w Indiach ani razu nie poczuliśmy się zagrożeni. Nawet jeśli ktoś nas gdzieś „porywał” to zwykle, by pokazać swój sklep czy rodzinę. Nikt nas nie okradł (prędzej sami coś zgubiliśmy), a podróżowaliśmy w większości przypadków najtańszymi środkami transportu i za dnia i w nocy bez schizofrenicznego zabezpieczania bagaży, bez pełnienia wart etc…

Namaste India!

Było sobie kilku ślepców, którzy wędrowali przez las. W pewnym momencie ich drogę zatarasował słoń. Każdy z nich podszedł do zwierzęcia i zaczął dotykać różnych części jego ciała. Pierwszy, który dotknął trąby stwierdził, że zwierzę na ich drodze jest jak pełna szczelin rura. Drugi ślepiec , który złapał ucho słonia oburzony stwierdził, że to zwierzę jest jak wielki liść. Trzeci, który dotknął nogi słonia stwierdził, że to zwierzę jest jak kolumna. Czwarty, który dotknął ogona stwierdził, że słoń ma kształt liny.

Bardzo pouczająca hinduska historia doskonale opisuje naszą próbę zrozumienia Indii. Spotkaliśmy na naszej drodze wielu podróżników, którzy spędzili w Indiach po kilka miesięcy. Każdy dotknął innej części słonia i jak nie trudno się domyślić każdy z nich zupełnie inaczej odbierał otaczającą go rzeczywistość. Dla nas przyjazd do Indii był spełnieniem marzenia. Na początku chłonęliśmy wszystko z wielkim entuzjazmem. Nie przeszkadzali nam naganiacze, żebracy wzbudzali litość a już szczególnie żebrzące dzieci, nie słyszeliśmy klaksonów, nie zauważaliśmy brudu, każda potrawa niesamowicie smakowała. Z biegiem czasu euforia zaczęła opadać, a my nabieraliśmy doświadczenia. Staliśmy się bardziej oziębli wobec żebraków, zaczął przeszkadzać wszędobylski brud i ciągłe klaksony. Pokochaliśmy krowy, których cierpliwość i łagodność wręcz bije na odległość. Z całą pewnością będzie nam brakowało w Europie widoku idącej dostojnie krowy środkiem ruchliwej ulicy. Ogromna tolerancja wobec zwierząt w Indiach to cecha, która świadczy o wysokim rozwoju duchowym tego narodu. W Indiach, w przeciwieństwie do Europy, zwierzę nie jest traktowane jak rzecz. Kozy, kury czy świnie nawet jeśli mają być zabite to przynajmniej przez kilka lat mają prawo do swobodnego życia. Mama świnia prowadząca swoje małe rozbrykane prosięta przez ulicę to dość powszechny widok w mniejszych miejscowościach. Bezpańskie psy na środku chodnika w dużym mieście także nikomu nie przeszkadzają. Rzecz zupełnie nie do przyjęcia w naszym „sterylnym” plastikowym zachodnim świecie, gdzie niektórzy najchętniej wybiliby wszystko co żywe, a czego nie da się uwięzić w klatce.

Indie to nieprawdopodobna mieszanka kulturowa i religijna. Kraj, który bez wątpienia każdy miłośnik podróży musi zobaczyć na własne oczy. To doskonałe miejsce do wypracowania w sobie pokory i cierpliwości. Będziemy tęsknić, ale jednocześnie cieszymy się na zmianę otoczenia. Przed nami dwudniowa przeprawa autobusem do stolicy Nepalu – Katmandu.



 


Patroni medialni:



2 Responses to “Ganges”

  1. Michasia
    6 czerwca 2010 at 4:43 am #

    Dziękuję za waszą relację z podróży. Dzięki Wam mogę się choć na chwilę przenieść w niedostępne dla mnie miejsca. Dzięki Wam mogę poczuć klimat całkiem obcej dla nas kultury i tradycji. Jeszcze raz dziękuję i życzę wiele zdrowia.
    Pozdrawiam i czekam na kolejne wpisy

  2. maciek
    8 czerwca 2010 at 8:46 am #

    Trafiłem tu przypadkiem al już wiem, że będę odwiedzał Twój blog duużo częściej! BTW Świetne zdjęcia!