Przepraszamy za opóźnienie w aktualizowaniu bloga. Niestety w Katmandu padł nam w komputerze dysk twardy i troszkę zajęło nam odzyskanie danych i programów.
Po czterech miesiącach tułaczki po Indiach przyszedł czas na zmianę. Z Varanasi do Katmandu w Nepalu kursują autobusy firmy Paul Travels. Jest to chyba najprostsza i względnie najtańsza opcja podróży, która łącznie zajmuje 2 dni, a w cenę biletu wliczony jest nocleg w hotelu po stronie nepalskiej. Niestety albo źle trafiliśmy, albo po prostu brak konkurencji na rynku powoduje, że cała przeprawa kosztowała nas wiele niepotrzebnych nerwów. O mały włos nie doszło nawet do rękoczynu… Podczas gdy na zewnątrz autobusu panował 47′C upał, wewnątrz zdecydowanie większa temperatura z powodu nagrzania i lejącego się z otwartych okien żaru, to kierowca uparcie nie chciał włączyć zainstalowanych w pojeździe wiatraków. W autobusie oprócz nieprzyzwyczajonych do tak ekstremalnych temperatur „białasów” podróżowała także m.in. rodzina z małym dzieckiem i starsze małżeństwo. Kilkukrotna interwencja i w końcu moje wtargnięcie do kabiny kierowcy, zatrzymanie autobusu i zagrożenie telefonem do biura Paul Travels wymusiło włączenie wiatraków… ale tylko na godzinę bo autobus nowy, a wiatraki mogą się popsuć jak pracują za długo.
Po całym dniu jazdy w autobusie-saunie dojechaliśmy w końcu do granicy z Nepalem. Po szybkim załatwieniu formalności wizowych i przekroczeniu pieszo granicy zaprowadzono nas do hotelu „Paradise”, który wbrew nazwie (co wcale nas nie zaskoczyło) okazał się jednym z najgorszych w jakich do tej pory spaliśmy.
Wjeżdżając do Nepalu nepalski celnik przekonywał nas o końcu kłopotów z prądem, mniejszym zanieczyszczeniu środowiska i o końcu targowania się… idylla! Cóż wszystkie jego zapewnienia okazały się bajką.
Pierwszymi rzeczami jakie odróżniają Indie od Nepalu są ludzie, których rysy twarzy są zdecydowanie bardziej skośnookie. Ludność Nepalu pod względem pochodzenia należy przede wszystkim do grupy tybetańskiej i indoeuropejskiej. Jada się tu zdecydowanie więcej mięsa. Trochę odzwyczailiśmy się od widoków wiszących na hakach korpusów zwierząt, a to w Nepalu jak się okazało całkiem powszechny widok.
W Katmandu udaje nam się znaleźć bardzo tani nocleg w samym centrum turystycznej części miasta. Dobra lokalizacja, bliskość targu warzywnego oraz bezpłatny internet z jednego z barów, który wyłapujemy w pokoju spowodował, że zatrzymaliśmy się tu na dłużej zadomawiając się.
W mieście działa wiele agencji turystycznych oferujących m.in. wycieczki do Tybetu i Bhutanu. Postanawiamy jednak wjechać do Tybetu. Korzystamy z oferty jednego z biur podróży i załatwiamy sobie pozwolenie na wjazd do Tybetu. Niestety aby wjechać do Tybetu oprócz pozwolenia i chińskiej wizy trzeba mieć cały pobyt zorganizowany i poruszać się w obecności chińskiego przewodnika, który będzie wszystko kontrolować z kim rozmawiamy i co widzimy. Wszystko to powoduje, że 7 dniowy pobyt w Tybecie kosztuje fortunę. Nie przyznamy się chyba nigdy do tego ile zapłaciliśmy za wycieczkę, ale zobaczyć Tybet było naszym ogromnym marzeniem.
Na wieść o naszych planach do Katmandu postanawia dołączyć do nas na kolejny miesiąc nasza przyjaciółka Dorota, która też zawsze marzyła o Tybecie.
Katmandu to fascynujące miasto, w którym warto zostać troszkę dłużej. Kolorowa mieszanka hinduizmu i buddyzmu, którą widać tu nie tylko w architekturze czy kulturze, ale także w kuszących turystów sklepach z odzieżą czy pamiątkami. Jeśli ktoś lubuje się w orientalnych dalekowschodnich elementach wystroju wnętrz czy ubraniach w stylu ethno to Katmandu jest chyba najlepszą lokalizacją na zakupy.
Niestety zwiedzając miasto i okolice trzeba przygotować się na dosyć spore jak na Nepal wydatki. Do wszystkich atrakcji turystycznych obowiązują „białych turystów” bilety wstępu, których ceny w kilku miejscach są skandalicznie wysokie. Dla przykładu wstęp nad świętą dla hindusów rzekę, która w rzeczywistości przypomina ściek, gdzie podobnie jak w Varanasi znajdują się ghaty krematoryjne, trzeba zapłacić 500 rupii (około 25zł). Cena niewspółmiernie wysoka, a samo miejsce w porównaniu do Varanasi nie warte odwiedzenia o czym można się przekonać za darmo z murów pobliskiej świątyni.
Jako, że jest to bardzo turystyczne miejsce podobnie jak w Varanasi mnóstwo tu przewodników, naganiaczy sklepowych czy dealerów narkotyków, którymi bywają tu starsi panowie, rikszarze czy właściciele hotelów. Oprócz odganiania się od zaczepiających ciągle osób trzeba bardzo uważać na jeżdżących jak opętani kierowców skuterów. Skutery wciskają się tu wszędzie – na targ, do klatek schodowych, na chodnik dla pieszych… nie ma ograniczeń. Dodatkowo niemal każdy kierujący motorkiem czuje się jak król ciasnych uliczek, któremu bezwzględnie należy ustąpić miejsca o czym przypomina trąbiąc tuż za plecami pieszych.
Zdecydowanie najciekawszym miejscem w Katmandu, gdzie jakby wszystko zwalnia, gdzie nie trzeba uważać na skutery, a do uszu docierają łagodne dźwięki buddyjskich mantr to Boudhanath oddalony od centrum stolicy około 6 km.
Główną atrakcją tego miejsca jest jedna z największych na świecie buddyjska stupa i jeden z najważniejszych w Nepalu ośrodków tybetańskich. Ze stupy w 4 strony świata spoglądają wielkie oczy Buddy zwane „Kochającymi oczami, które widzą każdego”. Sama budowla stoi na wielkiej mandali, która symbolizuje wszechświat. Z góry rozchodzą się trzepoczące na wietrze flagi modlitewne. Stupę otaczają malownicze kamieniczki i świątynie do których przy odrobinie szczęścia można wejść i podejrzeć modlitwy buddystów. Pomimo wysokiej temperatury i wilgotności powietrza wielu decyduje się na wielokrotne rytualne okrążanie stupy.
Pierwotnie stupami były kopce, usypane w miejscach złożenia prochów Buddy, które po jego śmierci podzielono na 84 części. Z biegiem czasu stupy zaczęto budować z cegieł i przybierały coraz większe rozmiary.









































Super ze juz dysk naprawiony i ponownie mozna poczytac o Waszych przygodach
Chcemy wiecej! ;]