Tybet
Średnia wysokość nad poziomem morza w Tybecie wynosi 4000 m.
Środek pola wyznacza słup pokryty flagami modlitewnymi.
Jako-krowa
Xigaze
Xigaze
Klasztor w Xigatze
Klasztor w Xigatze
Lhasa - Klasztor Sera. Widowiskowe debaty mnichów.
Pałac Potala w Lhasie. Dawna siedziba Dalaj Lamy i rządu tybetańskiego.

Kuszeni zakazanym jeszcze nie tak dawno przez chińskie władze himalajskim owocem, decydujemy się całą naszą trójką na bardzo drogą, jak na nasze kieszenie, zorganizowaną wycieczkę z Katmandu przez Tybet do Shanghaju. Niestety aby dostać chińskie pozwolenie na wjazd do Tybetu, turyści muszą podróżować z przewodnikiem wynajętym samochodem.

Droga wiedzie przez zapierające dech w piersiach wąwozy i malownicze wioski. Tak po jednej jak i szczególnie po drugiej stronie granicy Nepalsko-Chińskiej. Im wyżej tym krajobraz staje się coraz bardziej surowy. Pola ryżowe i gęsty las ustępuje miejsca nagim skałom. Poza zmianą krajobrazu zmienia się też nasze samopoczucie. Niska zawartość tlenu w powietrzu powoduje, że nawet mały wysiłek kończy się zadyszką a ciągła zmiana wysokości (od 3600 do 5200 m.n.p.m) u niektórych wywołują ból i zawroty głowy.

DROGA

Samo przekroczenie granicy Nepalsko-Chińskiej przebiega bardzo gładko. Chińscy celnicy skrupulatnie lecz bardzo szybko przeszukują każdy bagaż naszej 10 osobowej grupy. Ich głównym obiektem poszukiwań są zdjęcia z wizerunkiem Dalajlamy czy flagi Tybetu. Do kosza lądują m.in. przewodniki Lonely Planet oraz… warzywa i owoce. Niestety celnicy bardzo słabo władają angielskim (przypadłość Chińczyków) i nie są w stanie odpowiedzieć na moje pytanie jakim to zagrożeniem dla potężnych Chin są przewożone przeze mnie 3 pomidory, które muszę wyrzucić?

Po odprawie wita nas przewodnik wycieczki, który okazuje się być bardzo sympatycznym Tybetańczykiem, który nie za bardzo przejmuje się chińskim nakazem towarzyszenia swojej grupie na każdym kroku. Już w pierwszym mieście gdzie nocujemy zostawia nas samym sobie. Możemy swobodnie poruszać się po miasteczku i rozmawiać z kim tylko chcemy, robić zdjęcia wszystkiemu na co mamy ochotę.

Tybet pod chińskim zaborem wydaje się być zupełnie normalnym miejscem na ziemi. Czuć dużą swobodę w obyczajach i wśród patrolujących ulice bez broni żołnierzy. Punkty kontrolne zdarzają się na drogach bardzo rzadko a ich wygląd i procedury kontroli wydają się śmieszne w porównaniu z tymi jakie widzieliśmy w okupowanej przez Izrael Palestynie. Mimo to wciąż posiadanie jakiegokolwiek wizerunku Dalajlamy czy flagi Tybetu uważane jest za przestępstwo.

Niestety pomimo wręcz nieskrępowanej wolności w poruszaniu się po miejscach, w których nocujemy oraz ogromnej chęci rozmowy z mieszkańcami Tybetu, komunikacja bez znajomości tybetańskiego języka jest niemożliwa. Prawie nikt nie mówi po angielsku. Jest to niestety cecha, która w całych Chinach i Tybecie utrudnia jakikolwiek kontakt z miejscową ludnością. O ile w Indiach czy Nepalu prawie każdy znał angielski tak w Chinach znalezienie władającej nim osoby to jak wygrana w totolotka.

TYBETAŃCZYCY

Sami Tybetańczycy to w większości bardzo prości i przywiązani do tradycji farmerzy. Każdego dnia tony masła zużywane są w świątyniach do smarowania modlitewnych młynków oraz jako paliwo maślanych świec. Niestety maślana tradycja wiąże się jednocześnie z nie humanitarnym traktowaniem krów. Bardzo częstym widokiem są niedożywione małe cielaki oddzielone od matek właśnie po to by nie „marnować” na nie mleka… wszak krowie mleko to przecież produkt przeznaczony na świece do świątyń i jako pokarm dla ludzi.

Nasz przewodnik to w zasadzie jedyna tybetańska osoba, która może powiedzieć nam coś więcej o Tybecie i relacjach chińsko-tybetańskich. Ostrożnie wypytujemy więc o szczegóły życia pod chińskim panowaniem. Tybet wg jego słów coraz bardziej staje się chiński co zresztą widać w większych miejscowościach. Dużo bogatsi od Tybetańczyków Chińscy osadnicy prowadzą większość sklepów czy restauracji. Nie ma jednak oznak wrogości tak po jednej jak i drugiej stronie.

Osadnictwo w Tybecie prowadzone przez chińskie władze powoduje powolną degradację tybetańskiej kultury przy jednoczesnym inwestowaniu w infrastrukturę czy szkolnictwo i szpitale. Nie jest to jednak bezinteresowne działanie ze strony Chińskich władz. Najprawdopodobniej ten jeden z najmniej poznanych regionów świata skrywa bogate źródła ropy naftowej a tego potężne Chiny nie mogłyby przepuścić.

Na nasze pytania o Dalaj Lamę nasz przewodnik unika odpowiedzi. Wyczuwamy jednak, że darzy go szacunkiem ale z obawy o utratę pracy i kłopoty woli jednak nic nie mówić.

W Gyantse w hotelu, w którym się zatrzymujemy poznajemy Rosjanina, który przybył do Tybetu z Moskwy na rowerze. Nie był to jego pierwszy taki wyczyn. Nasz nowy znajomy objechał już kilkukrotnie Azję i Afrykę. Wyprawa do Tybetu z racji wysokości jest jedną z najtrudniejszych do tej pory. Dodatkowo ze względu na oszczędności i trochę wywrotowe podejście do życia nasz kolega nie ma wymaganego zezwolenia i musi czasami nadrabiać drogi. Wszyscy z podziwem wpatrujemy się w mapę z zaznaczonymi przebytymi trasami naszego rosyjskiego rowerzysty. Gdy proponujemy mu jedzenie okazuje się… że to swój! Wegetarianin :)



 


Patroni medialni:



One Response to “Tybet”

  1. Igor
    28 Lipiec 2010 at 6:50 am #

    Dobra relacja, dużo zdjęć – to lubię! :)