Widok z okna naszych couchsurfingowych znajomych.
Chińczycy przychodzą do parku nie tylko by poobcować z naturą ale np. pośpiewać sobie lub potańczyć.
Street food
Uliczna wyżerka
"Mięsny"
:-)
Dzielnica BUND w Szanghaju

7 dni w Tybecie minęły nam wyjątkowo szybko i intensywnie. Zdecydowanie za szybko by poznać dobrze to miejsce i jego mieszkańców. Z Lhasy ruszamy w 50 godzinną przeprawę pociągiem do Shanghaju. Jest to jedna z najdłuższych i na pewno najwyżej położona trasa kolejowa na świecie. Ze względu na ewentualne problemy z tlenem, gaz ten jest pompowany wewnątrz pojazdu.

Średnia wysokość na jakiej znajduje się początkowo pociąg to 4200 m n.p.m. czasami ponad 5000 m n.p.m. Slowa to za malo by opisac widoki, które przewijają się zza okna pociągu. Raz są to porośnięte trawą płaskie góry, innym razem strome i suche zbocza. Czasem pociąg spłoszy stado jaków innym razem koni. Trudno sobie wyobrazić życie w tym tak bardzo niedostępnym terenie bez prądu i jakiejkolwiek komunikacji ze światem zewnętrznym, a jednak wciąż żyją tu w taki sposób ludzie. Być może są nawet szczęśliwsi od niejednego europejczyka otoczonego masą materialnych dóbr.

Podróż pociągiem z Lhasy do Szanghaju jest trochę jak podróż do przyszłości. Tradycja Tybetu ustępuje nowoczesności Szanghaju. Szanghaj wita nas ultra szybkimi pociągami i lasem drapaczy chmur, których ilość przebija to co widzieliśmy w Dubaju. Wysokie budynki ciągną się bez końca.

Miejsce, w którym się zatrzymujemy to apartament zamoznych studentów z Francji, którzy przyjechali do Szanghaju na wymianę międzyuczelnianą. Mieszkanie znajduje się w samym centrum miasta, na 21 piętrze z nieziemskim widokiem na nowoczesną dzielnicę Bund.

Nasi Couchsurfingowi znajomi z internetu jak na studentów przystało lubią imprezować. Do tego stopnia są pochłonięci zabawą, że w zasadzie głównego lokatora mieszkania nie widzimy przez pierwsze dni. Zwykł wracać do swojego pokoju gdy my już spaliśmy, a wstawać gdy zwiedzaliśmy miasto :)

Tak jak wszędzie warto spróbować lokalnego jedzenia. Zwykło się mówić, że Chińczycy jedzą wszystko. I jest w tym dużo prawdy. Spacer po chińskich ciasnych uliczkach wrażliwym na cierpienie zwierząt osobom, może przyprawić wiele nieprzyjemnych doznań. âMięsoâ zwykle przed zapakowaniem do torby jest jeszcze żywe, a sposób traktowania zwierząt przez rzeźników jest bardzo przedmiotowy. Zwierzęta upychane są w klatkach do granic możliwości. Często przetrzymywane na słońcu bez wody i jedzenia, przez co dla wielu z nich poderżnięcie gardła jest ukróceniem cierpienia.

Na szczęście, jak wszędzie na świecie, znajdą się ludzie, którzy chcą żyć bez okrucieństwa wobec słabszych istot. W Chinach wegetarianizm to nie tylko wyraz wyższego poziomu świadomości, ale często moda ludzi z tzw. âklasąâ. Dlatego weganie (ci z grubszym jak i cieńszym portfelem) w większych miastach chińskich mają się całkiem dobrze. W samym Szanghaju działa kilkadziesiąt bezmięsnych restauracji w tym kilkanaście wegańskich. Chińscy buddyjscy mnisi, którzy kultywowali wegetarianizm od setek lat, aby zachęcić ludzi do rezygnacji z okrucieństwa wobec zwierząt, stosowali technikę podrabiania mięsa za
pomocą kombinacji przypraw i soi. Sztukę tę kontynuują dziś lokalne wegetariańskie przybytki. W Chinach podrabia się wszystko, więc podrabianie mięsa nie powinno nikogo dziwić, a jednak… Jedzenie w takich restauracjach to dosyć ciekawe przeżycie nawet dla samych mięsożerców, gdyż potrawy nie tylko wyglądają, ale także ich konsystencja jak i smak bardzo mocno przypominają mięso. Jeśli można zjeść kaczkę po Szanghajsku bez zabijania kaczki to jest to z pewnością obustronna korzyść zwłaszcza, że Chińczycy są bez wątpienia jednymi z najlepszych kucharzy na świecie. W naszym prywatnym podróżniczym rankingu, chińskie wegetariańskie restauracje są najlepsze na świecie :)

Podczas naszego pobytu w Szanghaju odbywała się Światowa wystawa Expo 2010. Wystawa, o którą m.in. walczył Wrocław. Expo przyciąga do miasta ogromne ilości turystów z całego świata. Wystawa przyciągnęła i nas. Niesamowite tłumy ludzi, ogromne kolejki przed wejściem do prawie z każdego z pawilonów zniechęcały do zwiedzania wszystkiego po kolei.
Postanowiliśmy sprawdzić m.in. polski pawilon.

Budynek polskiego pawilonu pokryty jest drewnianą wycinanką. Pomysł prawie oryginalny… prawie, bo niemal identyczną fasadę swojego budynku mają Rosjanie ;) W końcu Polak i Rosjanin to dwa bratanki i szabli i do wycinanki. Odczekawszy około 20 minut udało nam się wejść do wnętrza budynku. Przywitały nas 2 kuso ubrane Chinki (jakie to Polskie…) oraz muzyka klasyczna polskich kompozytorów. To czym się chwali nasz kraj to przede wszystkim piwo przed pawilonem, pokazy Miss Polski na zamontowanych w ścianie ekranach i schabowy w restauracji. Jeśli tak ma wyglądać to czym możemy się pochwalić na świecie to może lepiej w ogóle nie wydawać pieniędzy na tego typu imprezy? Generalnie wyszliśmy mocno zawiedzeni. Zwłaszcza w porównaniu do tego co prezentowały dużo mniejsze czy biedniejsze kraje, w Polskim pawilonie wiało straszną nudą.


Patroni medialni: