Pokaz "tradycyjnych" tańców z okolic Mexico City. Tradycyjnych w cudzysłowiu bo tak naprawdę nikt do końca nie wie w jaki sposób tańczono w czasach przed-hiszpańskich.
Quinceanera to impreza organizowana z okazji skończenia 15 lat przez dziewczynę. Symbolizuje wejście w dorosłość. Od tego momentu dziewczyna może umawiać się na randki i ubierać to na co ma ochotę.
Guakamole (na zdjęciu zielony sos) - jedna z moich ulubionych lokalnych potraw.
Niestety w Meksyku dominuje mięso. Na zdjęciu przydomowa restauracyjka. Coś takiego jak "sanepid" tu nie istnieje, dzięki temu można zjeść prawie wszędzie niedrogie, domowe potrawy.
Tortilleria - "piekarnia" zajmująca się produkcją tortilli. Chlebek podobny do czapati. Zamiast mąki pszennej - mąka kukurydziana.
Święty Judas Tadeo - ulubiony święty złodziei i ludzi z marginesu. W Mexico City zdaje się być popularniejszy od Jezusa.
Święty Judas Tadeo - w wersji indiańskiej. Co miesiąc odbywa się w Mexico City nabożeństwo ku jego czci gromadzące ogromną ilość ludzi. Spora część z modlących się tam osób to złodzieje, mafiozi, mordercy...
Meksyk to niezbyt bezpieczne miejsce o czym świadczą codzienne zdjęcia zabitych osób w lokalnej prasie.
Najprawdopodobniej rodzina zaginionej kobiety rozkleja plakaty w metrze. Takich plakatów na stacjach metra jest całkiem sporo. Porwania to dosyć częsty sposób na wymuszenie pieniędzy lub... zdobycie organów na przeszczep.
Bezrobotni na głównym placu Mexico City reklamujący swoje usługi. Można znaleźć elektryków, murarzy, hydraulików, etc. i od razu ustalić cenę za usługę.
Metro to także doskonałe miejsce na własny biznes czy dorobienie sobie grając muzykę, recytując wiersze i tym podobne.
Podobno bycie śmieciarzem w Mexico City to doskonała "fucha".
Oto w jaki sposób można mieć darmowy prąd w domu :)
Rytualne malowidła powstałe pod wływem pejotlu. Do dziś w Meksyku ten halucynogenny kaktus stosowany jest do obrzędów magicznych.
Rytualne malowidła powstałe pod wływem pejotlu. Do dziś w Meksyku ten halucynogenny kaktus stosowany jest do obrzędów magicznych.
Kamień słońca nazywany kalendarzem Azteków.

Po kolorowym i niemal doskonale zorganizowanym Toronto trafiam w sam środek ogromnego chaotycznego mrowiska, którego końca nie widać nawet z samolotu. Miasto Meksyk jest jedną z największych metropolii świata. Przebywa tu około 22-25 mln ludzi co plasuje to miasto na 3 pozycji na świecie po Tokio i Seulu.

Na lotnisku czeka na mnie Jasbet, którą poznałem dzięki stronie Couchsurfing. 2 pociągi kolei miejskiej, 10 minut rowerową rikszą i znajdujemy się w nieco oddalonej od centrum raczej biednej dzielnicy Meksyku. Jasbet mieszka z rodzeństwem i mamą w bardzo „minimalistycznym” pod względem wyposażenia domu. `

Moi gospodarze witają mnie bardzo serdecznie. Proponują jedzenie, ale na wieść o moim „ekstrawagandzkim” sposobie odżywiania się mama Jasbet rozkłada ręce. W Meksyku podstawą jest mięso. Tuż obok domu mojej pierwszej meksykańskiej rodziny odbywa się co tydzień targ spożywczy. Akurat jest ten jeden dzień w tygodniu, więc wybieramy się na bazar. Wiedziony intuicją kupuję awokado, pomidory i tortillę. Okazuje się później, że będzie to jedna z moich ulubionych bardzo szybkich do przyrządzenia wegańskich potraw.

W Meksyku zostaje kilka dni. Miasto samo w sobie wywołuje u mnie mieszane odczucia. Z jednej strony fascynująca, zupełnie mi obca kultura latynoamerykańska pełna kolorów, nowych smaków, muzyki. Wszystko to otępia umysł, powoduje, że człowiek przestaje trzeźwo myśleć. Z drugiej strony daje się odczuć trudne do opisania poczucie depresji, które widać na twarzach ludzi. Depresja wywołana biedą i jak mi się wydaje, przede wszystkim niekończącą się przemocą w mieście.

Podczas mojej wędrówki do Tatlauakan w autobusie, w którym jechałem doszło do rabunku. W pewnym momencie jeden z pasażerów wstał z fotela, wyciągnął pistolet i zmusił kierowcę do zatrzymania się. W tym czasie z 2 stron (w Meksyku nie zamyka się drzwi w autobusach) do pojazdu weszło 2 kolejnych uzbrojonych bandziorów. Nikt nie miał zakrytej twarzy a po oczach i mimice widać było, że goście nie liczą się tu z niczym. Wszyscy pasażerowie w tym i ja zostali obrabowani. Nie miałem przy sobie zbyt dużo pieniędzy, ale kamerę video i aparat, które ukryłem pod siedzeniem. Szczęście w nieszczęściu złodzieje nie mogli sobie pozwolić na gruntowne przeszukiwanie pasażerów tak więc w moim przypadku obyło się na utracie 50 pesos (około 15 zł) oraz portmonetki z Palestyny ze statuetką Ganeshiego, którego nosiłem na szczęście. Niektóre osoby straciły jednak biżuterię czy aparaty komórkowe. Najgorsze w tym wszystkim było to, że złodzieje napadli na autobus najgorszej klasy, gdzie podróżują zwykle biedni ludzie, dla których 15 zł czy utrata telefonu komórkowego to naprawdę bardzo dużo. Po około 2 minutach od napadu pojawiła się policja. Policjanci ewidentnie niewiele się przejmując sprawą odjechali po kilkunastu sekundach na sygnale…. niby w pościg z tym, że w zupełnie inną stronę. Policja w Meksyku to wg słów Jasbet kolejna wersja mafii. Nikt tu nie ufa i woli unikać policji. Gwałty, napady, wymuszenia łapówek, a czasem zabójstwa z rąk „stróżów Prawa” nikogo tu nie dziwią. Napady takie jak ten, który trafił się mi to podobno całkiem „normalna” rzecz w mieście Meksyk. Każdy w rodzinie Jasbet został co najmniej raz napadnięty.

Meksyk przywitał mnie w bardzo oryginalny sposób.

Ameryka Łacińska to królestwo tańca. Tu tańczą niemal wszyscy i to naprawdę nieźle. Dominuje Salsa, której korzenie wywodzą się z Kuby. Jasbet, u której zostaje przez tydzień, jest m.in. instruktorką Salsy. Zostaję oczywiście zaproszony na lekcję tańca wśród średnio-zaawansowanych tancerzy. Niestety moje sztywne ruchy i kompletny brak podstaw wywołują we mnie poczucie konsternacji, a wśród gapiów rozbawienie. Salsa może kiedyś, ale nie w takich warunkach ;)

Meksyk nie jest dobrym miejscem dla wegetarian, a już nie wspominając o weganach. Mięso to podstawa przekąsek i głównych dań. Dla nieobytych w temacie ludzi „wegetarianin” jada ryby czy kurczaki. Smalec? Przecież smalec jest wegetariański! Panuje tu dużo większa ignorancja i kompletny brak wiedzy niż w naszej równie mięsnej Polsce. Mimo to nie jest tragicznie. Tropikalny klimat oznacza dużą ilość warzyw i owoców. Smażone banany czy Guakamole z tortilla to moje ulubione wegańskie potrawy, które można dostać bez problemu na ulicy.


Patroni medialni: